Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

przeciwieństwem natury Janiny, że Ania na widok ich ogromnie się przeraziła.
— Co się stało? — zawołała z niepokojem.
— Dzisiaj... dzisiaj skończyłam czterdzieści lat, — szlochała Janina.
— Przecież wczoraj miała pani prawie tyleż samo, a jakoś się pani nie martwiła, — pocieszała Ania, z trudem tłumiąc uśmiech.
— Ale... Ale... — ciągnęła dalej Janina, przełykając łzy, — Jan Douglas do dziś jeszcze nie oświadczył się o moją rękę.
— Na pewno to uczyni, — rzekła Ania niepewnie. — Niechże mu pani zostawi trochę czasu.
— Czasu! — zawołała Janina boleśnie. — Przecież zwleka z tem dwadzieścia lat! Ileż mu na to czasu potrzeba?
— Więc pani mówi, że Jan Douglas przychodzi do pani od dwudziestu lat?
— Tak. I dotychczas ani razu nie wspomniał mi o małżeństwie, a ja już wątpię, czy kiedykolwiek to uczyni. Dotychczas przed nikim się nie zwierzałam, lecz doszłam do wniosku, że jeżeli nie powiem komuś o tem, to chyba oszaleję. Jan Douglas zaczął odwiedzać mnie dwadzieścia lat temu, jeszcze przed śmiercią mojej matki. Przychodził i przychodził, a ja po pewnym czasie zaczęłam haftować wyprawę, chociaż on nigdy o małżeństwie mi nie wspominał. Cóż mogłam zrobić? Po ośmiu latach moja matka umarła. Sądziłam, że wtedy oświadczy się, widząc, że pozostałam na świecie sama jedna. Był dla mnie naprawdę bardzo dobry i czynił wszystko, co było w jego mocy, ale i wtedy o małżeństwie nie wspomi-