Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

nał. Od tego czasu nic się w mojem życiu nie zmieniło. Ludzie nawet zaczęli się już ze mnie wyśmiewać. Mówią, że nie chcę zostać jego żoną ze względu na chorobę jego matki. Przecież jabym chętnie ją pielęgnowała. Ale niech sobie myślą, jak chcą. Wolę, żeby się ze mnie śmieli, niż gdyby się nade mną litowali. W każdym razie ogromnie mi przykro, że Jan jeszcze dotychczas nie zaproponował mi małżeństwa. I dlaczego tego nie uczynił? Sądzę, że gdybym znała przyczynę, z pewnością bym się tem tak nie martwiła.
— Może matka jego nie chce, żeby się ożenił, — odezwała się Ania.
— Ależ, ona bardzo chce. Już kilkakrotnie mi mówiła, że chciałaby widzieć przed swoją śmiercią Jana na kobiercu ślubnym. Ciągle napomyka o tem, zresztą pani sama słyszała. W takich wypadkach wołałabym się zapaść pod ziemię.
— Cóż mogę na to poradzić, — szepnęła Ania bezradnie. Przyszedł jej na myśl Ludwik Speed, ale przecież tamta historja była zupełnie inna. Jan Douglas absolutnie nie przypominał Ludwika.
— Powinna pani być odważniejszą, Janino, — rzekła po chwili rezolutnie. — Dlaczego już dawno pani z nim nie zerwała?
— Nie mogłam, — szepnęła biedna Janina z patosem. — Widzi pani, ja go zawsze bardzo lubiłam. Czy przychodził, czy nie przychodził, wiedział i tak, że nikogo innego nie mam.
— Ale można z nim przecież pomówić, jak z mężczyzną, — wtrąciła Ania nieśmiało.
Janina potrząsnęła przecząco głową.