Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sama zorjentuje się w całej sytuacji. Maryla zbyt dobrze znała Anię, aby się o nią lękać mogła w tym wypadku, czuła jedynie, że cały jej plan narazie jest powikłany.
— Co ma być niech będzie, — mówiła pani Małgorzata chmurnie, — choć to, co nie powinno być też się czasami zdarza. Przypuszczam, że sprawa Ani przyjmie pomyślny obrót, jeżeli Opatrzność dobranemu związkowi nie przeszkodzi.
Mówiąc te słowa pani Linde westchnęła głęboko. Lękała się, że Opatrzność nie zechce interweniować w tej sprawie, a ona sama także wołała się w to nie mieszać.
Ania szła w stronę Fontanny Driad; w zamyśleniu przysiadła na wzgórku porosłym gęstemi paprociami, gdzie dawniej siadywała często w towarzystwie Gilberta. Po skończonym roku akademickim, Gilbert wrócił na swą dawną posadę w redakcji, a całe Avonlea wydawało się bez niego dziwnie opustoszałe. Do Ani nie pisał ani razu, choć ona w głębi duszy tęskniła za temi listami. Zato Robert pisywał dwa razy w tygodniu, a listy jego były zbiorem prawdziwych poematów i rozpalały w serduszku Ani coraz potężniejsze uczucie dla ich autora. Lecz serce jej nigdy nie zabiło tak głośno na widok tych listów, jak dnia pewnego, gdy pani Slone podała jej dużą kopertę, zaadresowaną wyraźnem pismem Gilberta. Ania wbiegła na górę i zamknąwszy się w swoim pokoju, drżącemi palcami rozerwała kopertę. W kopercie znajdowała się tylko kopja protokółu stowarzyszenia uniwersyteckiego i nic więcej... Ania podbiegła do stolika i zabrała się do