Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


taki, który mógłby być pozornie zły, ale by nim w istocie nie był. Alfred jest bezgranicznie dobry.
— Mam nadzieję, że z czasem nabierzesz więcej rozumu, — wtrąciła Maryla.
Maryla mówiła w tej chwili z niezwykłą goryczą. Była istotnie bardzo rozczarowana, bo wiedziała o odprawie, jaką Ania dała Gilbertowi Blythe. Wiadomość ta jakimś dziwnym sposobem rozniosła się wkrótce po całym Avonlea. Może to Karol Slone domyślał się czegoś i te swoje domysły opowiedział jako fakt rzeczywisty, może Diana zwierzyła się Alfredowi, a ten nie umiał dochować tajemnicy. W każdym razie wszyscy o tem wiedzieli. Pani Blythe nie zapraszała już teraz Ani do siebie, a tylko odpowiadała na jej ukłon chłodnem skinieniem głowy. Anię martwiło to bardzo, bo zawsze ogromnie lubiła wesołą i uśmiechniętą matkę Gilberta. Maryla nie mówiła z nią na ten temat, tylko pani Linde napomykała o tem od czasu do czasu aż do chwili, gdy matka młodego Macfersona rozniosła po wsi wiadomość, że Ania znalazła w Redmondzie nowego, bogatego i przystojnego konkurenta. Wówczas pani Małgorzata zamilkła, aczkolwiek w głębi duszy pragnęła jeszcze ciągle, aby Ania jednak została żoną Gilberta. Bezwątpienia bogactwo jest bardzo w życiu potrzebne, lecz nawet pani Linde, osoba tak praktyczna, nie uważała majątku za rzecz najważniejszą w życiu. Oczywiście, jeżeli Ania lubiła bardziej pięknego nieznajomego, niż Gilberta, nie mogło być mowy o jakiemśkolwiek skłonieniu jej w inną stronę. Jednakże pani Małgorzata była przekonana, że ten zamiar Ani był jedynie omyłką i że kiedyś na pewno