Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

rozwieszone przy ogniu. Robert Gardner czekał już w bawialni, głaszcząc kota Sabiny. Kot jednak widocznie nie miał do niego zaufania, bo usiłował wyrwać się z jego objęć. Wszyscy inni w Ustroniu Patty darzyli Roberta wielką sympatją. Nawet ciotka Jakóbina uważała go za najsympatyczniejszego młodzieńca i twierdziła, że Ania jednak ma szczęście. Tego rodzaju uwagi zazwyczaj Anię denerwowały. Chociaż przyjaźń Roberta, okazywana w tak romantyczny sposób, imponowałaby chyba każdej dziewczynie, to jednak Ania wołałaby, aby koleżanki nie decydowały o jej przyszłości. Pomagając jej włożyć płaszcz, Robert wypowiedział znowu jakiś komplement, lecz Ania przyjęła go obojętnie i w drodze do Redmondu nie odezwała się ani słowem. Dopiero gdy weszli na salę, twarzyczka Ani nabrała dawnych rumieńców, a oczy zabłysły radością życia. Uśmiechnęła się do Roberta wesoło, na co on odwzajemnił jej się także uśmiechem, o którym Iza zwykła mawiać, że jest „głęboki i aksamitny“. W gruncie rzeczy jednak Ania zdawała się Roberta nie widzieć, bo właśnie przed chwilą dojrzała pod rozłożystą palmą Gilberta w towarzystwie młodej dziewczyny, która prawdopodobnie była ową Krystyną Stuart.
Istotnie towarzyszka Gilberta była bardzo ładna, o ciemnoniebieskich oczach i lśniących czarnych włosach.
— Od najdawniejszego dzieciństwa, zawsze marzyłam o takim wyglądzie, — myślała Ania ze smutkiem. — Brzoskwiniowa cera, błyszczące ciemnoniebieskie oczy, czarne lśniące włosy. Właśnie ona jest taka, dziwię się tylko, że nie nazywa się Kordelja