Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Fitzgerald. Mam jednak wrażenie, że figurę ma gorszą niż ja, a nos napewno brzydszy.
To ostatnie spostrzeżenie uspokoiło nieco Anię.


ROZDZIAŁ XXVII.
Obopólne zaufanie.

Tego roku miesiąc marzec przyniósł z sobą ciepłe promienie słoneczne, pod wpływem których śnieg zaczął tajać. Młode mieszkanki Ustronia Patty przygotowywały się do wiosennych egzaminów. Uczyły się pilnie, nie wyłączając Izy, która wzięła się do pracy tym razem ze zdwojonym zapałem.
— Może zdobędę matematyczne stypendjum Johnsona, — mówiła z pozornym chłodem. — Greckie stypendjum byłoby o wiele łatwiejsze, lecz uparłam się na matematykę, ażeby pokazać Jerzemu, że jestem pracowita.
— Jerzy kocha przedewszystkiem twoje piękne oczy i miły uśmiech. Wątpię, czy przykłada specjalną wagę do twej umysłowości, — uśmiechała się Ania.
— Za moich młodych lat nie wymagano od dziewcząt, aby były dobremi matematyczkami, — odezwała się ciotka Jakóbina. — Inne czasy, inni ludzie. Izo, a czy umiesz gotować?
— Nigdy się tem nie zajmowałam. Raz tylko upiekłam piernik, ale nie specjalnie mi się udał. W samym środku był zakalec. Sądzę jednak, ciociu,