Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

wów fal morskich i głośnego wycia wichru w gęstych konarach sosen. Ania spacerowała po alejach parku, chcąc, jak twierdziła, pozbyć się mglistej powłoki dzisiejszego swego nastroju. Mglistości tej dotychczas nie znała, a dopiero zetknęła się z nią bliżej po rozpoczęciu trzeciego roku na uniwersytecie.
Pozornie tryb życia w Ustroniu Patty nie uległ właściwie żadnej zmianie. Co tydzień w piątek wieczorem duża bawialnia przepełniona była gośćmi i rozbrzmiewała wesołemi śmiechami. Codziennie rano Iza otrzymywała listy Jerzego i co wieczór wysyłała mu odpowiedź. Naogół wszyscy mieszkańcy Ustronia Patty darzyli Jerzego ogromną sympatją, tylko jedna ciotka Jakóbina twierdziła, że studentów teologji nie można brać pod uwagę.
— Może być bardzo miły, — mówiła Izie, — ale mojem zdaniem, duchowny powinien być poważny i myśleć tylko o swoich obowiązkach religijnych.
— Więc kapłanowi nie wolno się nawet uśmiechnąć? — oburzała się Iza.
— Kapłan nie jest świeckim człowiekiem, — skarciła ją ciotka Jakóbina. — Ty sama, wiedząc o tem, nie powinnaś flirtować z panem Blake.
— Ja wcale z nim nie flirtuję, — broniła się Iza.
Ale prócz Ani nikt w to nie wierzył. Ogólnie uważano, że Iza i tym razem zajęta jest chwilowo nowym konkurentem i prawie wszyscy potępiali jej postępowanie.
— Pan Blake nie należy do typu tych młodzieńców, do których należą Anatol i Augustyn, — tłumaczyła jej Stella. — Ta twoja zabawa może go unieszczęśliwić.