Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Myślałam, że i ty, ciociu, uważasz się za taką młodą, jak my wszystkie, — żartowała Ania.
— Tylko dusza moja jest młoda, bo nogi już oddawna zaczynają mi odmawiać posłuszeństwa. Aniu, idź trochę na świeże powietrze, ostatnio bardzo mizernie wyglądasz.
— To chyba pójdę do parku, — odparła Ania z postanowieniem. — Nie mogę dzisiaj w domu usiedzieć. Czuję potrzebę ruchu. W parku na pewno i tak jest pusto, bo przecież wszyscy wybrali się na mecz piłki nożnej.
— A dlaczego ty nie poszłaś?
— Nikt mnie nie zaprosił, a właściwie nikt, oprócz tego strasznego, małego Dyzia Rangera. Z nim nie poszłabym za skarby świata, nie chcąc jednak sprawić mu przykrości, wytłumaczyłam, że nie lubię zawodów piłkarskich. Właściwie i na to nie mam dzisiaj ochoty.
— Więc przejdź się trochę po parku, — radziła ciotka Jakóbina. — Weź jednak parasolkę, bo zanosi się na deszcz. Mój reumatyzm wyjątkowo mi dziś dokucza.
— Ciociu, przecież reumatyzm mają tylko starzy ludzie.
— Na reumatyzm w nogach uskarżają się nawet młodzi, moja Aniu. U starych reumatyzm zazwyczaj rzuca się na duszę. Moja dusza, dzięki Bogu, jest zupełnie zdrowa. Jak kiedyś w życiu reumatyzm zaatakuje ci duszę, powinnaś natychmiast zamówić sobie trumnę.
Był już listopad, ten okres purpurowych zachodów słońca, odlatujących ptaków, zawodzących śpie-