Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Aniu, nie myśl przypadkiem, że się zakochałam w Jerzym Blake. Bo czemże może być dla mnie taki ubogi, brzydki teolog, jak Jerzy? Nawet wuj Marek twierdzi, że toby było nieprawdopodobne.
A teraz dobranoc.

Twoja Iza.

P. S. Właściwie to jest niemożliwe, ale lękam się, że to prawda. Jestem zarazem szczęśliwa i zrozpaczona. Przeczuwam w głębi duszy, że on nigdy nie zwróci na mnie specjalnej uwagi. Jak sądzisz, Aniu, czy mogłabym kiedyś zostać stateczną pastorową? I. G.


ROZDZIAŁ XXV.
Książę z bajki.

— Nie wiem co mam z sobą począć, — mówiła Ania, spoglądając przez okno Ustronia Patty na wierzchołki oddalonych sosen. — Mam zupełnie wolne popołudnie, ciociu Jakóbino. Czy mam je przepędzić tutaj przy wesołym ogniu na kominku, wśród woni rumianych jabłek, mruczących kotów i niewinnych porcelanowych psów z zadartemi zielonemi noskami, czy pójść do parku, gdzie przywołują mnie wierzchołki poszarzałych drzew i spienione fale, rozbijające się o nadbrzeżne skały?
— Gdybym była w twoim wieku, wybrałabym bezwzględnie przechadzkę po parku, — odparła ciotka Jakóbina, łechcąc żółte ucho Zyzia drutem od pończoch.