Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

kochał, musiałaby być prawdopodobnie bardzo szlachetna i posiadać wielki zapas silnej woli. Jednocześnie pomyślałam o tem, że podczas kazania Jerzy wydał mi się kompletnie ładny, a wyraz jego oczu był wyjątkowo natchniony. Zapragnęłam wtedy stać się podobną do ciebie, Aniu.
— W powrotnej drodze do domu, Jerzy podszedł do mnie, jak zwykle uśmiechając się wesoło, ale ten jego uśmiech wydał mi się jakoś zupełnie inny. Ujrzałam teraz prawdziwego Jerzego i zastanawiać się zaczęłam, czy on kiedykolwiek ujrzy prawdziwą Izę, której nawet ty, Aniu, nigdy jeszcze nie widziałaś.
— „Jerzy“, szepnęłam, zapominając nazwać go panem Blake. „Jerzy, jest pan stworzony na duchownego. Nie powinien pan był obierać żadnego innego zawodu“.
— „To prawda“, — odparł Jerzy z uśmiechem. — „Długo zastanawiałem się nad tem, bo zasadniczo nie chciało mi się zostać pastorem. Ale wreszcie doszedłem do wniosku, że widocznie Pan Bóg przeznaczył mi ten zawód“.
— Mówił to głosem bardzo cichym i spokojnym i odrazu zrozumiałam, że swe obowiązki będzie spełniał należycie. Zaczęłam zazdrościć kobiecie, którą on wybierze sobie na żonę. Na pewno ta kobieta będzie miała silną wolę i zawsze potrafi się zdecydować, który kapelusz ma włożyć, bo będzie miała wogóle tylko jeden. Pastorowie rzadko bywają bogaci. Ale żona Jerzego będzie tak szczęśliwa, że pieniądze nie będą miały dla niej żadnego znaczenia.