Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

którym raczyła się po ukończeniu wiosennych egzaminów.
— Dla nas był nudny, a dla niektórych cudowny, — odparła w zadumie. — Niektórzy ludzie dzisiaj właśnie osiągnęli największe szczęście. Gdzieś pewno został napisany jakiś poemat, gdzieindziej znów urodził się wielki człowiek, lub dokonano bohaterskiego czynu. Prawdopodobnie, jednocześnie właśnie dzisiaj niejedno serce zostało złamane.
— Po co tem ostatniem zdaniem psujesz pięknie rozpoczętą myśl? — wyszeptała Iza. — Nie lubię słyszeć o takich niemiłych rzeczach, jak złamane serce.
— A czy sądzisz, że ciebie właśnie te wszystkie niemiłe rzeczy ominą?
— Oczywiście, że nie, bo przecież i teraz ciągle się z niemi stykam. Nawet natarczywość Anatola i Augustyna dręczy mnie już oddawna.
— Bo ty nigdy nie patrzysz na życie poważnie, Izo.
— A po co mam patrzeć poważnie? Niech inni to robią. Tacy ludzie, jak ja, też są na świecie potrzebni. Świat byłby nudny, gdyby się składał tylko z poważnych ludzi. Ja jestem od tego, ażeby się bawić i czarować mężczyzn. Przyznaj, że życie w Ustroniu Patty stało się o wiele milsze, bo ja tu jestem z wami.
— Zupełnie słusznie, — przyznała Ania.
— Wszystkie mnie lubicie, nawet polubiła mnie ciotka Jakóbina, chociaż zawsze mówi, że jestem niezrównoważona. Więc poco mam się zmienić? Och, jakże mi się chce spać! Wczoraj do pierwszej