Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

szajmy przykrych tematów. Prędzej czy później będę musiała wyjść zamąż, jednakże wolę tę ewentualność odsunąć jeszcze trochę.
— Nie możesz przecież zostać żoną człowieka, którego nie kochasz, — oburzyła się ciotka Jakóbina.
— O, powóz właśnie zajechał! Muszę już lecieć. Bądźcie zdrowe, moje przedpotopowe niewiasty!
Po wyjściu Izy ciotka Jakóbina spojrzała znacząco na Anię.
— Ładna z niej i miła dziewczyna, a przytem ma dobre serce, ale w głowie stanowczo coś jest nie w porządku.
— Bardzo wątpię, ona się tylko w ten sposób wyraża, — odparła Ania, usiłując ukryć uśmiech.
Ciotka Jakóbina potrząsnęła przecząco głową.
— Chciałabym w to uwierzyć, bo ją bardzo lubię, ale zupełnie jej nie rozumiem. Ta jej paplanina działa mi na nerwy. Zupełnie nie jest podobna do tych wszystkich dziewcząt, które znałam, ani też do żadnej z tych, które sama sobie wyobraziłam, starając się je odtworzyć.
— Więc ciocia była aż kilkoma dziewczętami?
— O, prawie tuzinem kochanie.


ROZDZIAŁ XX.
Gilbert zaczyna mówić.

— Jakiż to był długi i nudny dzień, — ziewnęła Iza, rozciągając się na kozetce i odganiając natarczywe koty.
Ania podniosła głowę z nad „Klubu Pickwicka“,