Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Czy tak trudno się zdecydować, — zapytała ciotka Jakóbina.
— Już taka się urodziłam i chyba nigdy nie nabiorę decyzji.
— W twoim wieku, Izo, powinnaś już być bardziej zrównoważona.
— Zupełnie słusznie, — przyznała Iza, — ale równowaga zabija jednocześnie wszelką przyjemność. Gdyby ciocia znała Anatola i Augustyna, sama ciocia powiedziałaby, że trudno jest uczynić jakikolwiek wybór. Obaj są naprawdę bardzo przystojni.
— Wobec tego powinnaś poszukać kogoś trzeciego, — uśmiechnęła się ciotka Jakóbina. — Chociażby ten student, Will Leslie, on ci jest naprawdę bardzo oddany, a przy tem ma wyjątkowo ładne oczy.
— Trochę za duże i za łagodne, — zawołała Iza kapryśnie.
— A co powiesz o Jerzym Parkerze?
— Wygląda, jakby kij połknął.
— Ale Markowi Holworthy nic przecież nie możesz zarzucić?
— Z nim byłoby wszystko w porządku, gdyby był trochę bogatszy. Ciocia wie, że muszę mieć bogatego męża. Uważam, że do małżeństwa potrzebne są dwie rzeczy: majątek i uroda. Naprzykład, gdyby Gilbert Blythe był bogaty, napewno bym się ani chwili nie zastanawiała.
— O, istotnie? — zapytała Ania trochę z przekąsem.
— Wolisz nie słyszeć o tem, chociaż Gilbert cię nic nie obchodzi, — żartowała Iza. — Ale nie poru-