Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

w nocy czytałam jakąś fascynującą historję o duchach. Potem lękałam się wyjść z łóżka, aby zgasić światło. Gdyby nie Stella, na pewno światło paliłoby się do rana. Dopiero usłyszawszy kroki Stelli na korytarzu, zawołałam ją i poprosiłam, żeby zgasiła światło. Sama za nic w świecie bym nie wstała, bo miałam wrażenie, że mnie coś złapie za nogę. Aniu, czy ciotka Jakóbina wie już wreszcie, gdzie się podzieje latem?
— Tak, chce tutaj zostać. Wiem, że robi to tylko przez te przeklęte koty, chociaż usiłuje mi wytłumaczyć, że nie chciałaby zakładać własnego gospodarstwa, a nie lubi siedzieć u kogoś na karku.
— Co czytasz, Aniu?
— „Klub Pickwicka“.
— Zawsze przy tej książce jestem głodna, bo ciągle tam mówią o jedzeniu, — rzekła Iza. — Wszyscy bohaterowie zajadają tam stale szynkę, jajka i popijają ponczem. Zazwyczaj po przeczytaniu jednego rozdziału, muszę się trochę posilić. Ale właśnie przypomniało mi się, że jestem w tej chwili śmiertelnie głodna. Znajdzie się coś do zjedzenia w śpiżarni, Królowo Aniu?
— Przygotowałam dzisiaj rano doskonały pasztet. Może zjesz kawałek?
Iza wybiegła śpiesznie z pokoju, a Ania w towarzystwie Mruczka postanowiła przejść się trochę po sadzie. Mimo wczesnej wiosny, wieczór był prześliczny, choć gdzie niegdzie leżały na ścieżkach całe płaty śniegu. Nagle w otwartej furtce ukazał się Gilbert, trzymając w ręku kilka bladych, wczesnych kwiatków.