Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bo są ogrody, — przez królów stworzone,
w których przez chwilę czas spędzali miły
wśród młodych kobiet, które kwiaty wiły
i dziwne śmiechy w bukiety wplecione.
Dbały o czujność tych parków zmęczenia:
wiały jak wietrzyk ranny przez krzewiny,
lśniły w brokatach, futrach przez jaśminy,
a jedwabisty szelest krynoliny
dźwięczał na żwirze jak poszmer strumienia.

Każdy park teraz idzie w ślad ich cienia —
niepostrzeżenie i cicho się wkradł
pod obcej wiosny rozświetlone gamy
i spala się w jesieni rdzawe plamy
na wielkim rożnie ich gałęźnej ramy,
splecionym jak w tysiączne monogramy
i jakby kutym w sploty czarnych krat.
A przez ogrody świeci pałac biały
(tak zamazany, jak nieboskłon siwy),
w swoich obrazów ciężar już zwietrzały
jak w wizję ducha zatopiony cały,
rezygnujący, ucztom nieżyczliwy,
jak cichy gość milczący i cierpliwy.