Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Szczycie, co został, gdy ciągnęły góry, —
Stoku bez schronów, Wierchu bez imienia,
Ty Wieczny Śniegu, gdzie chrome gwiazd lśnienia,
Ty Glebo onej doliny kwitnienia,
skąd całej ziemi zapach idzie w chmury;
Ty Usta gór i Minaretu mury
(skąd jeszcze głos nie zabrzmiał o zachodzie):

Czy w Tobie kroczę teraz? Skamieniały
metal ja jestem, co odkryty będzie?
Kornie wypełniam szczeliny Twej skały
i Twoją twardość czuję wszędzie.

Czy też to strach jest, w czem ja żyję?
Nadmiernie wielkich miast głęboki strach,
w który wstawiłeś mnie po samą szyję?

Gdybyż Ci kto był opowiedział, ach,
o ich istoty złudzie, szale winy,
Ty byłbyś powstał w huraganu skrach
i pognał je przed sobą jak łupiny...