Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przez które woda jak grzebień szumiała.
I szedł na ląd i oblubieńcem był
umarłej, której nato go przydano,
bo żadne dziewczę nad rajską polaną
nie ma się znaleźć obce i bez męża.

I za nią idzie i kroki wypręża
i tańczy krężnie, a ona jest oś,
ramion własnych dwoje go okręża.
I nasłuchuje, jakby trzeci ktoś
wstąpił cichutko w grę, co ich owstęża,
nie chcący tańca uwierzyć urokom.
I wtedy poznał: czas się modlić oto,
Ten-ci jest bowiem, który się prorokom
dał jak korony drogocenne złoto.
Trzymamy Go, codziennie Błaganego,
zbieramy Go, przedwiecznie Zasianego,
i powracamy ze żniwa Bożego
długim szeregiem pod pieśni pieszczotą.
A on wstrząśnięty pokłonił się wpas.
Aliści Starzec, choć oko nie spało,
nie widział tego, jakby wzrok mu zgasł.

Ów tak głęboko skłonił postać całą,
że dreszcz mu wielki przeszedł poprzez ciało.
Aliści Starzec milczał niby grób.