Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z twarzą zsiniałą i poddaną złom
i od demonów zupełnie zaćmioną.

Schylił się, jakby się łamał na pół,
i w dwóch kawałach rzucił się na ziemię,
która mu teraz z ust zwisała wdół
jak krzyk — jakby w tej ziemi czuł
swych ramion gest rosnący, co w niej drzemie.

I zwolna odeń upadek odstaje.
Wyprysnął wgórę, jakby skrzydła czuł,
a jego nagle zelżałe uczucie
każe mu wierzyć, że ptakiem się staje.
I zwisał wąski tak spomiędzy ramion,
jak marjonetka posuwana skośnie,
złudzeniem wielkich dwu skrzydeł omamion,
którym u stóp oddawna już radośnie
świat jak dolina niezmierzona rośnie.
Nieufny ujrzał przez moc czyichś rąk
w obce się miejsce spuszczony bezgłośnie
i na zielone dno morskie swych mąk.

I rybą był, jak wąż się wiotki wił
przez głębię wody, cichy, srebrnoszary —
meduzowe oglądał koszmary
i widział włosy wodnicy śród ił,