Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lub rzezimieszków, co na łup czyhają,
dziewcząt, co hańbą swą obumierają,
szaleńców w matni pomylonych dróg —:
wszyscy jak króle, co odjęli sobie
wszystkie nadmiary w głębokiej żałobie.
Jak mędrcy, którzy wiele doświadczyli,
wybrani, którzy na pustyni byli,
gdzie Bóg ich żywił obcych zwierząt krwią;
samotni, którzy szli przez dolin wiele,
z wielu wichrami na spalonem ciele,
jakąś tęsknotą zalękli nieśmiele,
a tak przedziwnie wywyższeni nią.
Z dnia powszedniego wyzuci, włączeni
w chóralne śpiewy i wielkie organy,
klęczący i w rośnięciu wyrzeźbieni;
jak szumny sztandar, co długo schowany
leżał zwinięty śród pyłów i cieni:

Znów wywieszają się na wiatr i grom.

Niektórzy stoją, patrząc w jakiś dom,
kędy pielgrzymów schorzałych zamkniono;
właśnie się stamtąd mnich wyrwał ich łzom,
włos dziki, habit jak wydarty kłom,