Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ranek pielgrzymi. Z owych twardych leży,
gdzie jak otruty każdy złożył skronie,
podnosi się przy pierwszym dzwonów tonie
lud chudych mowców porannych pacierzy,
nad nimi żarem wczesne słońce płonie:
brodaci męże kłonią się do ziemi,
dzieci wychodzą z kożuchów zarysu, —
ciężkie milczeniem, z płaszczami wielkiemi
śniade kobiety z Taszkentu, Tyflisu.
I ci z Islamu gestem chrześcijanie
stoją przy studniach, podstawiając dłonie
jak płaskie misy, jak rzeczy, a na nie
kryniczna zlewa się woda, jak dusza.

I nachylają oblicza i piją —
i rozrywają łachmany pod szyją,
cisną do piersi rękami chudemi
wodę, jak chłodną płaczącą twarz czyją,
która o bólach mówi na tej ziemi.

A bóle te o zwiędłym wzroku stają
ciżbą dokoła; lecz wie jeden Bóg,
kto zacz, kim były. Tłumem chłopstwa, sług,
czy kupców rzeczą, co bogactwa znają,
czy mnichów letnich i nietrwałych zgrają,