Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zrywa się postać jak z letargu,
czernią przedmiotów omotana,
a para białych dłoni drży,
tak w dzikie życie whaftowana,
jak w jakiś obraz łowów psy.
Co przeszło, to przed nimi lśni,
trupami przyszłość ich zasłana,
ktoś w płaszczu stuka do ich drzwi;
oko ni ucho poprzez mgły
nie chwyta żadnych znaków rana.
Noc jest jak wielki czarny gmach.
I strach pokaleczonych rąk
wybija w ścianach wrota mąk —
i jest krużganków ciemny ciąg
i niema żadnej bramy w świat.

Taka jest, Boże, każda noc;
zawsze ze snu się budzi moc
tych, co Twój próżno tropią ślad.
Czy słyszysz ich, ślepców krokami
jak depczą mrok?
Na drodze, która wdół ich mami,
słyszysz ich krok?
I jak padają na głazy z rozpaczą?
Ty musisz płacz ich słyszeć: oni płaczą!