Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tylko-m w dzieciństwie tak się budził,
tak pewny w zaufaniu,
że Cię po każdej nocy złudzie
znów ujrzę o świtaniu.
Gdy mojej myśli mierzę gestem,
już znam wymiary trzy — :
Ty wszakże jesteś, jesteś, jesteś —
czas wkoło Ciebie drży.

Jak gdybym jednocześnie oto
był dziecko, chłopiec, mąż.
Twój krąg bogaty jest jak złoto
przez to, że wraca wciąż.

Dzięki Ci składam, Głębio wrząca,
Ty cicho ze mną współtworząca,
jakby za wielą ścian;
skorniał mi teraz dzień powszedni
i jak oblicze, w świętej jedni,
ciemnym mym rękom dan.