Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Do braciszka młodego.

Ty, wczoraj dziecko, — zamęt przyszedł na cię:
by się w ślepocie krew nie roztrwoniła.
Nie do uciechy dążysz, bracie,
lecz do radości; bo ty nosisz wieniec
jak oblubieniec,
oblubienica-Wstyd twą czystość będzie kryła.

Macki rozkoszy też cię chwycą,
już nagie wszystkie są ramiona.
Świętych obrazów blade lico
buzuje obcą błyskawicą;
a twoich zmysłów wężowina,
czerwienią tonu opleciona,
pręży się w rytmie tamburyna.

Została dłoni twoich para wroga
sam na sam z tobą pośród zawieruchy —
i jeśli z woli twojej nie błyśnie cud Boga:
— — — — — — — — — — — — — —
Wtem idą, jak przez mrok zaułków głuchy,
poprzez twą ciemną krew — od Boga słuchy.