Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Patrz, przyszedł Ciebie budować ktoś nowy,
co wczoraj chłopcem był; lecz białogłowy
splotły mu ręce w modlitewne znamię
takiem złożeniem, co już nawpół kłamie.
Od lewej ręki już ucieka prawa
i chce się bronić albo znaki dawa
i chce być sama u ramienia.

A wczoraj jeszcze czoło do kamienia
w potoku miał podobne: gładkie dniami,
co nic nie znaczą poza fal pluskami
i nie chcą nic, jak tylko nieść odbicie
niebios przypadkiem wiszących w zenicie;
jako ów głaz w potoku.
Dziś na niem
tłoczą się dzieje świata wieszcze
przed sądu groźnem tem nieprzejednaniem,
a czoło jego przepada w wyroku.

Nowe oblicze przestrzenią zjaśniało.
Nie było światła, nim to światło wstało.
Księga Twa wszczyna się jak nigdy jeszcze.