Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdybym ja wyrósł był gdziebądź,
gdzie lżejsze dni są i smukłe godziny,
mógłbym Ci wielką sławę dąć,
a nie trzymałyby Cię moje ręce,
jak czasem Cię trzymają: twardo, w męce.

Tam siałbym Cię rozrzutnie, bez przyczyny,
Ty bezgraniczna Obecności.
Cisnąłbym Ciebie precz
jak piłkę w fale wszelakiej radości,
iżby ktoś Ciebie pochwycił z wyżyny,
Twemu spadowi, niby gwiazd spadanie,
dłońmi stromemi skoczył na spotkanie,
Ty rzeczy Rzecz!

Kazałbym błysnąć Ci jak miecz,
jak z ognia broń
i w najzłocistsze pierścienie
kazałbym ująć Twe płomienie,
a żar-by trzymał miecz
nad co najbielszą dłoń.

Malowałbym Ciebie: nie na ścianach bez słońca,
na niebie samem od końca do końca!
I niby olbrzyma dłoń tworząca