Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/012

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie wolno Cię malować samowolnie,
Ty Świtająca, co jutrzenkę nęci.
My dobywamy z farb starych mozolnie
te same kreski, promienie i chęci,
któremi Ciebie przemilczeli święci.

Jak ściany wznosim przed Tobą obrazy;
już tysiąc ścian otacza Ciebie wkrąg.
Gdy widzą Ciebie serca, tyleż razy
skrywamy Cię zbożnością naszych rąk.

.[1]
Kocham mych godzin mroczniejące skłony,
w których się moje zagłębiają zmysły;
jak w starych listach, widzę z nich wytrysły
mojego życia obraz wypełniony
i jak legenda już przezwyciężony.

Z nich płynie wiedza mi, że przestrzeń mam
na bezczasowe, pełne drugie życie.
Jestem jak drzewo na mogile, sam,
drzewo dojrzałe, szumne, które skrycie
sen spełnia chłopca zmarłego o świcie
(gdy go korzeni ciepły oplot pieści),
sen zagubiony w pieśni i boleści.


  1. Przypis własny Wikiźródeł Errata wydawcy - Str. 10: od słów „Kocham mych godzin...” winien zaczynać się nowy rozdział, z inicjałem.