Strona:Krystyna Miłobędzka - Dom, pokarmy.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


WOBEC NIEPOJĘTYCH FORM GRZECZNOŚCI

Że ją przestraszę jeśli całą wylęgnę, wydam na języki — kiedy cię wydostanę, mała?

— Jesteśmy dla siebie, mamy się że bliżej już nie ma. Z tobą do ciebie o tobie oddycham.

— Pasiesz mnie byle baranka, ale swoje odjesz. Masz coś czegośmy razem nie doścignęły, co beze mnie chwycisz.

— Bardziej niż twoje dziecko, choć przedstawiają mnie obco. W kości w kolanie w popsutym zębie.

— Ktoś jeszcze słucha, przywyka do kogoś. Lubię kiedy mi pozwalasz rozprostować palce.