Strona:Korczak-Bobo.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
188

ludzka, — czemu młodość niema własnej mowy, własnego słownika?
Pieśń jego była odpowiedzią na mój okrzyk zachwytu.
Więc zrozumiał, więc odczuł?
Gdy skończył, mieliśmy łzy w oczach. Czemu nie można zamienić się łzami, jak ślubną obrączką?
Nie było ani przysiąg ani pensjonarskich zwierzeń. Podałem mu rękę, uścisnęliśmy nasze dłonie, w milczeniu zespoliły się nasze dusze.
Nie świece paliły się przed ołtarzem, a słońce; nie ręce kapłana nas błogosławiły, a niebo; nie orszak weselny pełne obłudy składał nam życzenia, a sosny, brzozy, dęby; nie zagrały organy, ręką kierowane człowieka, a wiatr nam grał, przedziwnie grał.
Przejeżdżał pociąg. Usunęliśmy się z szyn i staliśmy blisko; tuż tuż przed nami przemknął i znikł w kurzawie dymu.
Krwawy kolor nieba przeszedł w różowy, potem złoty; niebieski kolor szarzał, barwa szara zmieniła się w czarną. I wił się już tylko wąski i jasny pasek.
Mówiliśmy o muzyce i poezji, o doli i niedoli ludzi, o walce ze złem, o brater-