Strona:Korczak-Bobo.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
176

myślę, że jest na to za dumny. Boli mnie, że zranili człowieka; jak to boli, gdy widzi się, ze ludzie pomiatają ukochaną ideją.

25 luty.

Zdaje się, że mała P. kocha się we mnie. Raz w czasie lekcji otworzyła drzwi, zajrzała, lecz uciekła. Widocznie wstydziła się poczęstować mnie czekoladkami, któremi potem w przedpokoju poczęstował mnie Oleś. Wczoraj znów weszła, dygnęła z gracją i poprosiła o zrobienie zadania. Było dość łatwe. Zaczerwieniłem się, zrobiłem, wytłomaczyłem, tak słodko patrzała mi w oczy — i na „dziękuję“ odpowiedziałem „proszę“. Tak mnie to zastało nieprzygotowanym, że dopiero na schodach przyszło mi na myśl, co powinien byłem powiedzieć:
— Ależ proszę, jeżeli będzie pani coś miała, proszę się do mnie udać, a z najszczerszą chęcią dopomogę.
Tak mnie zmieszał ten wdzięczny, pensjonarski dyg. — Czegoś podobnego doznałem, kiedy w dzieciństwie powiedziano mi w sklepie: „pan“.
Jeżeli podejrzenia moje są prawdziwe, ona teraz przeżywa to, co ja już przeżyłem, — na szczęście, — czy — niestety?
Wieczorem płakałem, ze niema jeszcze wiosny, kwiatów, zieleni.