Strona:Korczak-Bobo.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

rących spojrzeń i czarownych uśmiechów, do tych niewinnych w gruncie rzeczy miłostek przelotnych? Mania D, z matką wdową i bratem suchotnikiem, — miłość czy współczucie? Czy pozwolić wyobraźni na marzenie o leczeniu suchot. A jeśli „od łyczka do rzemyczka“.

12 luty.

Jakby na potwierdzenie tego, co mówił doktór, — dowiedziałem się, że J. się zaraził. Straszne tam u nich piekło: a z tej racji mama zrobiła mi awanturę, że czytam książki. Gdzie tu logika? — Bardzo szanuję Kazia, że modli się i nie czyta, ale Kazio to Kazio, a ja — to ja, i zdaje mi się, że gdyby nawet od książki można się było zarazić tryprem, to i tak byłoby już za późno, bo ja bez książki tak samo nie mogę żyć, jak bez chleba. Wbrew zwyczajowi odpowiadałem zupełnie spokojnie, nie uniosłem się, a rozumowałem, jakkolwiek rozmowy takie do przyjemnych nie należą. — Kiedy mama powiedziała, że mój Pestalozzi i ta „cała zgraja Darwinów i Lassalów“ (groch z kapustą) — to byli heretycy i rozpustnicy, odpowiedziałem tylko:
— Nie znoszę, jeżeli się mówi o rzeczach, o których się nie ma pojęcia.
Chociaż ja mam bezwzględną rację, po-