Strona:Korczak-Bobo.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

wyobraźnię) — żydówka, córa południa i wschodu. Mierzymy się wzrokiem, w którym przyciągają się dwa odmienne światy i dwie rasy, dalekie wiarą i historją a blizkie prawami natury. Te oczy czarne, ciemne, płonące ogniem nieznanym. Ta dojrzewająca Venus w pierwszej myśli lubieżnej. Te rzęsy, któremi przysłania czarne ócz gwiazdy. O, gdy ona pokocha, pędzi naoślep, nie bacząc pod stopy, nie oderwie gorejących warg od ust tego, którego pokochała. Ja zimny północny słowianin i ona, Róża szkarłatna w objęciach złotych promieni słońca. (Muszę poddać rewizji mój stosunek do żydów, tego narodu — Sfinksa, zagadki). Ona marzy i ma godność, więc jak musi cierpieć, z jaką radością wysłuchałaby głosu pojednania, któryby jej rzekł, „Siostro“.
Te moje ideały mają po lat 15—16. Ale są i starsze (p. Julja, pani P., ta piękna i zawsze smutna żona męża, który nie jest bez grzechu). Są i młodsze: dwie miłe jaskółki na korce, ta mała w płaszczyku w kraty, która się do mnie uśmiecha i pokazuje w uśmiechu ząbków perełki (czy to możliwe, żeby taki bąk znał już grę kokieterji). Madem. Jeanne przebaczyłem, może zbyt surowo ją sądziłem, może francuskie wychowanie pozwala na to, żeby przy męż-