Strona:Korczak-Bobo.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
130

Czy moje marzenia i nadzieje również wiatr zimowy zmrozi? — Nie chodzę już teraz patrzeć na bramę domu, przez którą ona codziennie wchodzi i wychodzi; nie chodzę po ulicach, łudząc się, że ją może w tłumie ujrzę przelotnie, nie marzę o niej, nie modlę się o jej szczęście, lecz tęsknię i z żalem wspominam czasy kiedy słyszałem jej głos i oddychałem tem samem powietrzem, co ona. Dziś role się zmienią; ona kończy już, a ja, który byłem wtedy niewinnem dzieckiem, wchodzę w najburzliwszą epokę życia.
Śniło mi się, że idę z Helenką przez Saski Ogród; pływały po sadzawce olbrzymie łabędzie, parę razy większe, niż naprawdę, też z długiemi szyjami. Jeden przewrócił się głową do wody i nie mógł mimo wysiłków się podnieść; ale drugi nadpłynął i podniósł go skrzydłem jak wiosłem. Pokazałem to Helence niby na dowód, że zwierzęta mają rozum. Dziwne, skąd się takie sny biorą.
Poddałem dziś niemcowi myśl, aby wyrwał Gór. Trudne do uwierzenia, a jednak prawdziwe. Wyrobiłem sobie sławę medium, ale nie chcę robić często tych eksperymentów, bo mnie to nuży i wyczerpuje, a wówczas się nie udaje.
Jestem teraz zupełnie spokojny, nawet nad myślami panuję.