Strona:Korczak-Bobo.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

O Boże: utrzymaj Ją przy życiu, daj Jej szczęście, jeśli mnie go dać nie chcesz.
Jakże mi tęskno, smutno! Życie widzę tak bezbarwnem, tak ciemnem, że jest mi ono ciężarem.
Miałem kilka błogich chwil, lecz gdzież się one rozpierzchły? Tak mi smutno, tak pusto.
Niedawno jeszcze smutki osładzałem marzeniami, żyłem rojeniami. Dziś boję się moich myśli i marzeń, a życie bez marzeń — to śmierć.

15 styczeń.

Miałem przeprawę z ojcem i mamą. Albo awantury albo przycinki. Mam chwile, że wszystko mi brzydnie, lecz gdy sobie przypomnę, że wszyscy wielcy ludzie borykali się z losem, zapominam o smutnej rzeczywistości. Czytam teraz studjum Chmielowskiego o Kraszewskim. Widzę w sobie wiele podobieństwa do niego.
Gdym kochał Zosię, źle mi było, teraz znów źle mi, że jej kochać nie mogę. „Poeta musi kochać, aby módz tworzyć“. Żal jakiś, tęsknota, a w sercu pustka straszna, pustka nieokreślona, a taka bolesna. Czem jest jednak szczęście jednostki w tym tłumie ludzi, istot żyjących.