Strona:Korczak-Bobo.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

aż wreszcie spadłem i pofrunąć już nie mogłem. — Może to przepowiednia przyszłości?

16 grudzień.

Jestem tak wyczerpany, że zadaję sobie gwałt, kreśląc te kilka słów. Jestem ociężały, znużony, gnuśnieję — chyba nie ze starości. Nie mam chęci niczem się zająć, spałbym tylko ciągle.
Nie chcę żyć w prozie życia, jak inni, czy mi z tem dobrze? Sam nie wiem. Cel, do którego dążę, przyobleka się w coraz to nowe formy, a zawsze nieokreślone. Gdym chciał być przyrodnikiem, chciałem być i malarzem i śpiewakiem i wszystkiem.
Nie mogę więcej pisać. Nie mam sił kompletnie ani się uczyć, ani czem zająć.

Niedziela.

Marzyłem, że posyłam „Nemezys“ na konkurs i dostaję nagrodę, ale nazwisko jest zapieczętowane. Proszę rodziców, żeby wzięli bilety. Nie chcą, ale ustępują. Sam idę za kulisy. Kurtyna się podnosi. Wychodzi dyrektor, rozdziera kopertę i czyta moje nazwisko. Orkiestra gra. Po sali rozlega się szept: „co to za jeden?“ Rodzice płaczą z radości, przypominają sobie, że coś im mówiłem, lecz nie wierzyli. Pierwszy akt przechodzi bez wrażenia. Po drugim wołają