Strona:Klemens Junosza - Za mgłą.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

w wypadek nie wierzę. Ten strzał za dobrze trafił. Jastrzębskiego od dawna znam, widywałem go często. Ile razy był w mieście, nigdy domu mojego nie minął. Czasem żądał porady, czasem pomocy w jakim kłopocie, a najczęściej przychodził bez specyalnego powodu, tak sobie, na pogawędkę, na szklankę herbaty. Otóż od kilku miesięcy obserwowałem w nim zmianę. Znać było po nim zniechęcenie, zmęczenie. Niekiedy objawiał nienaturalną, gorączkową energię, to znowuż wpadał w apatyę. Coś się psuło — dodał starowina, stukając się palcem w czoło. — Zresztą sekcya nam wskaże, czy zaszły jakie zmiany w mózgu.
Pan Piotr z krzesła się zerwał.
— Dajże pan pokój! — zawołał. — Człowiek jeszcze żyje, a pan o sekcyi mówisz!
— Niema się czego unosić, kochany panie Piotrze; rzecz smntna, ale zwyczajna, w wielu wypadkach niezbędna. Jest to zwykle ostatnia instancya, rozstrzygająca nasze spory fachowe — dodał z westchnieniem. — Żem o niej wspomniał, nie dowodzi to bynajmniej obojętności z mej strony. Wypadek ten boleśnie mnie dotknął, i chcąc, aby ten dom ani na chwilę nie był bez opieki, pozostanę tu aż dotąd, dopóki stałego dozoru nie urządzimy. Pan musisz przecie być u siebie w domu, porozumieć się z sąsiadami, pomyśleć o jakiejś