Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Ani trochę. Niepowodzenie, biedę, wszelkie wogóle troski trzeba brać za uszy, w takim razie zlękną się, uciekną.
— Doskonale! Należy jednak wiedzieć, gdzie ta bieda ma uszy?... jest przecież niewidzialna i nie posiada kształtów określonych. Możeby mnie pan nauczył, gdzie ich szukać?
— Czy pani ma do czynienia z biedą?
— Jakto?
— Czy pani jest biedna?
— O przepraszam, bynajmniej biedna nie jestem; mam pracę, która mi przynosi pewien dochód; mam ojca, który na nas zarabia, ale chciałabym wiedzieć o tych uszach biedy, na wszelki wypadek; taka wiadomość może się przydać w życiu.
— Otóż, proszę pani, najczęściej są one w nas samych.
— W nas samych!... w nas samych — powtórzyła w zamyśleniu — może to i prawda... tak, tak... to prawda niewątpliwa.
— Wspomniała pani o swej pracy, czy wolno zapytać czem się pani zajmuje?...
— Ja mam bardzo piękną i bardzo trudną zarazem robotę; mianowicie złote hafty. Wyszywam ornaty, chorągwie, różne ozdoby. Ponieważ teraz mam coraz więcej zamówień, więc opuściłyśmy dawne mieszkanie, i przeniosłyśmy się tutaj.
Niespodziewana wizyta przeciągnęła się blizko dwie godziny; kiedy goście wyszli, panna Jadwiga odezwała się do matki: