Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Ani myślałam, mamo, że u nas dziś kto będzie.
— Ani ja... dla mnie wielka to przyjemność. Taka dawna, serdeczna przyjaciółka!... Ona teraz w Warszawie na stałe zamieszka, aby tylko blizko nas... a jakże ci się podobał jej syn?
Panna Jadwiga nie odpowiedziała zaraz.
— Trudno na pierwszy rzut oka zdanie wydawać... ale wogóle... miły człowiek, jak się zdaje...
— Rodzice jego matki byli to ludzie zamożni, prawie bogaci; posiadali duży majątek; ona wyszła zamąż bardzo młodo, lecz szczęścia jakoś nie było. On wdał się w spekulacye ryzykowne, stracił dużo, zmuszony był zaciągać długi. Szło coraz gorzej. Martwił się, zachorował, wreszcie umarł i pozostawił ją z kilkoletniem dzieckiem w bardzo zawikłanych interesach. Opowiedziała mi w kilku słowach, ogólnie, swoją niedolę. Krewni niby to trochę dopomogli, jakiś wujaszek — prawnik zajął się likwidacyą; ocalono tyle, że mogła kupić niewielką kolonijkę i z tego się utrzymywała, z tego wychowywała syna. Obecnie syn już pracuje na siebie, a że zajęcie trzyma go w mieście, więc matka sprzedała kolonię i przenosi się tu, aby przy synu mieszkać... Taka to historya mojej przyjaciółki, z którą niegdyś przyjaźniłam się i żyłam jak z siostrą, a myślę, że i teraz tak będzie...