Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— W fabryce maszyn Müllera.
— To nie.
— Co pani powiedziała? Dlaczego nie?
— Mój ojciec jest także mechanik i także pracuje w fabryce, ale w innej. Sądziłam, że może pan jest w tej samej. Ojciec bardzo często wyjeżdża — i teraz nie ma go w domu.
— A gdzież jest?
— Nie pamiętam jak się ta miejscowość nazywa, wiem tylko tyle, że bardzo daleko, i że wróci dopiero za kilka tygodni. Cukrownię tam zakładają.
— A, pani ojciec montuje maszyny?
— Tak...
— To bardzo korzystne zajęcie i dobrze płatne...
— Ale ciężkie, a ojciec już nie młody, spracowany i należałby mu się odpoczynek. Tylko — dodała, — wypoczynek dla ludzi tej kategoryi, to podobno niedościgłe marzenie.
— Skądże pani przychodzi do tego wniosku?
— Ojciec zawsze tak mówi, a on przecież zna dobrze swoje położenie.
— Zapewne; wolę ja jednak naszą pracę, niż wiele innych i bynajmniej zapatrywań ojca pani nie podzielam, chociaż je rozumiem. Pochodzi to stąd, że pani ojciec jest już niemłody i zmęczony, a ja czuję w sobie siłę, dlatego też przyszłość mnie nie straszy.
— I nie lęka się pan jej?...