Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


kwiatek we włosach, tem bardziej, że młodemu człowiekowi dobrze z oczów patrzy.
Panna Jadwiga zakrzątnęła się szybko koło kawy i koło własnej osóbki.
— Zaraz będzie mamo — rzekła wchodząc napowrót do pokoju. — Panie zasiadły na kanapce i rozmawiały z sobą pół głosem, młody człowiek zbliżył się do panny Jadwigi.
— Nie przypuszczałem nawet, na że mam tak miłe sądziedztwo.
— My sprowadziłyśmy się tu dopiero wczoraj. Uważa pan zapewne, że wszystko jeszcze jest jak po ogniu... nic nie ustawione...
— Nie spostrzegłem tego — odrzekł.
— Bo panowie nie zwracają uwagi na takie drobiazgi... Mój ojciec, na przykład, mówi, że mu jest wszystko jedno, gdzie jaki mebel stoi... Czy pan dawno mieszka w tym domu?
— Blizko dwa lata...
— O! to pan dawny lokator.
— A jednak nie znam nikogo z sąsiadów.
— Czy być może?...
— Rzeczywiście. Wychodzę z domu wcześnie, wracam późno.
— Pan ma stałe zajęcie?
— Tak.
— W biurze.
— Nie pani, w fabryce, jestem mechanikiem.
— A wolno wiedzieć w jakiej fabryce pan pracuje?