Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dla tem większego zaciekawienia, wreszcie bez osłonek, w całej grozie.
Zacna matrona aż się poruszyła na fotelu aż upuściła trzymaną w ręku łyżeczkę.
— Okropna to historya — rzekła, — ale dla mnie bynajmniej nie jest niespodzianką. Ja to od dawna przeczuwałam, domyślałam się. Zawsze letkiewicz! Biedna Andzia, biedne dzieci! Jaka przyszłość je czeka... Słusznie nieboszczyk mój Adaś, świeć Panie nad jego duszą, mawiał, że są ludzie, a raczej są dzieci, zdradzające od najmłodszych lat najgorsze skłonności. Święta prawda, ten chłopak właśnie był z tego gatunku; źle mu z oczów patrzyło, zawsze źle... a ja nieraz mówiłam i do męża i do Ireny i do Wincentego: Przekonacie się, że Stasiek źle skończy... I sprawdza się to, sprawdza.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Kiedy w dusznej i zadymionej izbie poza sklepowej, odbywała się sesya kondolencyjno-oskarżająca, kiedy badano Aronka, a następnie ubolewano nad losem lekkomyślnego Stacha, ten znajdował się w mieszkaniu swego przyjaciela, w zabudowaniach fabrycznych, na przedmieściu.
Przywitali się serdecznem uściśnieniem.
— Jakże Stachu — zapytał od razu pan Konstanty, — jakże z twoim kłopotem?
— Załatwiony. Sprzedałem trochę zboża, znalazłem amatora na konie, uregulowałem