Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wać pozory; Stach je lekceważy, wyzywa po prostu opinię i sam sobie gotuje nieszczęście.
O prawdziwości faktu nikt nie wątpił, bo jakże, skoro wszyscy domyślają się, że tak jest, to oczywiście jest...
Z powodu generalnego ubolewania nad lekkomyślnością przyjaciela wychylono trzy butelki nad program i posiedzenie przeciągnęło się o parę godzin dłużej niż zwykle.
Przypominano sobie rozmaite szczegóły, a że przy kieliszku fantazya bywa bujniejsza, przeto znaleźli się i tacy, którzy mogli zakomunikować zgromadzeniu ciekawe i nader zajmujące szczegóły o powierzchowności tajemniczej osoby. Wywiązała się nawet z tego powodu sprzeczka, bo jeden z przyjaciół pana Stanisława utrzymywał, że na własne oczy widział brunetkę krępą, nizkiego wzrostu; drugi zaś dowodził, że była to blondynka wysoka, o prześlicznej figurze.
Tak czy owak, fakt, że Letkiewicz trochę za dużo sobie pozwala, został przez zgromadzenie skonstatowany, a nazajutrz wiadomość o nim nie była już tajemnicą dla miasta. Obiegłszy cukiernie, restauracye i wogóle wszelkie miejsca zebrań publicznych, dostała się w znacznie powiększonych rozmiarach do domów prywatnych, skąd dotoczyła się aż pod rogatki, do dworku pani Adamowej.
Dwie przyjaciółki podały ploteczkę w sposób nader uroczysty, z początku w półsłówkach,