Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zaległy procent i mam spokój — a przecież i ze zbiorów coś będzie.
— Bo widzisz — rzekł technik, — ja byłem w obawie o ciebie, nawet mi to sen odbierało i wycofałem z banku swoje oszczędności...
— Na co?
— Dla ciebie...
— Niech ci Bóg płaci, mruku, jakie ty masz złote serce!
— Nie dla każdego... Chcesz bierz, w biurku leżą.
— Kiedy już nie trzeba. Dziękuję ci, z całej duszy dziękuję...
— Jak chcesz, ale w razie wypadku pamiętaj, że ja tu mieszkam.
— Wierz mi, że ile razy jestem w mieście, nigdy nie omijam twego domu.
— Bo tak być powinno — rzekł pan Konstanty, a po chwili dodał:
— Ja ci jednak zazdroszczę, Stanisławie.
— Czego?
— Siły... bo ty silny jesteś.
— A czyż ty siły nie masz?
— Mam, wiem o tem, ale moja siła w lichszym gatunku, bo jest jakaś ponura. Ty dźwigasz ciężar z uśmiechem, ja ze zmarszczonem czołem, nieraz z klątwą. Ty się z losem godzisz, a jabym go, szelmę, łamał, gdy mi zapory stawia — jabym go gryzł!
— I straciłbyś zęby — rzekł śmiejąc się Stanisław.