Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Ja — rzekł, kłaniając się żyd — patrzę, czy tu nie ma starszego pana z Woli.
— Nie ma, a na cóż ci on potrzebny?
— On mnie? Ja myślę, że ja jemu mogę być prędzej potrzebny...
— Podobno ty wszystkich doskonale znasz, wiesz ile kto ma, ile wydaje, co wart jego majątek? Czy to prawda?
— Dlaczego nie ma być prawda? Żebym ja tego nie wiedział, to nie byłbym faktorem ale szewcem, albo krawcem.
— Co myślisz o panu Letkiewiczu?
— Co ja mam o nim myśleć? W tej chwili nic nie myślę, bo inne pomyślenie mam. Mówiłem, że szukam starszego pana z Woli. On mi zawraca głowę trochę z rzepakiem i sto par także ma ochotę sprzedać.
— Niech sprzedaje: owszem, będzie większy ruch, ale Aronku, kręcisz, nie odpowiadasz na nasze zapytania względem...
— Względem pana z Pisanki. Co tu dużo odpowiadać? To jest porządny pan z nim można handlować.
— Tak, tak, wy lubicie handlować z bankrutem, to wiadoma rzecz.
— Kto panom powiedział, że on bankrut jest?
— Sprzedają mu przecież folwark...
— Ja o tem nie słyszałem.
— Ogłoszenia są.