Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ah, od Mandelblata. Co to znaczy? To nic nie znaczy, panom się zdaje, że Mandelblat jest wilk, że zaraz chce człowieka zjeść. Fe! to porządny kupiec.
— A jednak egzekwuje.
— Jemu się należy, on chce cokolwiek ugryźć, ale nie myśli zjeść od razu. Z nim wszystko można. Chcesz pan tak, niech będzie tak; inaczej, niech będzie inaczej — aby żyć, aby handlować.
— Ja słyszałem — rzekł jurysta, — że Mandelblat chciałby kupić Pisankę dla siebie.
Aronek aż odskoczył.
— Co? Ja — rzekł — mogę się pochwalić, że jestem trochę jego krewny, bywam u niego prawie codzień, faktoruję mu bardzo często.
— Więc cóż to znaczy?
— To dużo znaczy, a ja mogę zaręczyć, jako Mandelblat dotychczas jeszcze, chwalić Boga, nie jest waryat. On ma swój handel, swoje interesa, swój dom; on sobie żyje wygodnie, on jest pan... Taki nie kupi Pisanki, ani Woli, ani żadnego folwarku... To nie jego interes. Fe!...
— Ale odchodzimy od przedmiotu, powiedzże-no nam tylko szczerze, bo nas to interesuje, czy pan Stanisław jest bardzo zaszargany w interesach, czy nie?
Żyd pomyślał przez chwilę.
— Dlaczego ma być zaszargany? My wiemy ile ma dochodu, wiemy ile wydatku. On