Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Dyabli go nie wezmą — odezwał się milczący dotąd jegomość w okularach — to jest, panie tego, kot; z trzeciego piętra go zrucić, na pazury spadnie i nic mu się nie stanie... chociaż trzeba przyznać, że się w ostatnich czasach trochę zaszłapał.
— Z jakiej przyczyny, dotyczas bo stał nie źle...
— Co wy mówicie: nie źle stał. Ot, wiązał koniec z końcem, jedno urwał, aby drugie załatać, ale któż temu winien?
— Pan coś wiesz, panie mecenasie?
— Może i wiem, ale to nie racya, żebym wam powiedział...
— Ma chyba jakieś wydatki na boku...
— Bagatela! Nieśmiertelne cherchez la femme.
— Chłop przystojny.
— Ale i żonę ma piękną. Nie prawda, doktorze?
— Za piękna, stanowczo za piękna.
— Jak to rozumieć?
— Zdrowa panie, jak samo zdrowie. Gdyby takie były wszystkie, ładniebyśmy wyglądali!
— Zaintrygowaliście mnie. Nie, trudno w to uwierzyć.
— A jednak...
— Licho go wie zresztą. Patrzcie-no, idzie Aronek, ten wszystko wie; co było, co jest, co będzie, ile kto ma groszy w kieszeni. Aronek! chodź-no, co tu robisz, kogo szukasz?