Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— No nie tylko — odpowiedziano — sztuka Hipokratesa ma tutaj również swoich przedstawicieli.
— Na to niech szanowny mecenas nie narzeka — odciął się doktor, — bo na wszelki wypadek jest ratunek, a nie bagatela to dla tłuściochów.
— Dajcież panowie pokój... tu nie szpital, żeby o chorobach mówić. Co to przyjemnego?... Szkoda wielka, że Letkiewicz nam uciekł, byłby nas rozweselił, a oczywiście i butelkę postawił.
— Nie o to chodzi, potrafimy i sami.
— Mnie się zdaje, że z nim jakoś niedobrze — rzekł jeden z gości.
— A cóż takiego?
— Doktor z księżyca spadasz, czy co? Wiadomo przecież, że Mandelblat procesuje Stacha, i że może go urządzić...
— Skąd mam o tem wiedzieć, ja spraw nie prowadzę, a z żydami tyle tylko mam do czynienia, że im kiedy niekiedy oglądam języki. Czy naprawdę z Letkiewiczem tak źle?
Casus pascudeus, panie doktorze, może z folwarku wylecieć...
— Od czegóż wy jesteście? Nie możecie poratować przyjaciela.
— A ilu też szanowny konsyliarz poratowałeś suchotników, co?
— To inna rzecz, a suchoty inna.