Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/29

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    — 25 —

    mówić, drugi odzywał się rzadko, a zmarszczka, jakby od natężenia myśli pochodząca, nie schodziła nigdy z jego czoła.
    Pomimo takiej różnicy charakterów, a może dla tej właśnie różnicy, kochali się serdecznie.
    Właśnie pan Stanisław dążył do swego Kostka, aby choć pół godziny z nim przepędzić.
    Szedł spiesznie i nie zauważył znaków, jakie mu z poza szyby szklepowej dawano, a sklep to był pierwszy na całe miasto, handel win i towarów kolonialnych zamożnego i solidnego kupca, punkt zborny inteligencyi miejskiej.
    Tu przy kilku stolikach gromadzili się znajomi grupami, po to, aby przy flaszy maślacza, lub zieleniaku, dyskutować o różnych kwestyach chwili.
    Dobrzy znajomi dostrzegli przechodzącego przez ulicę pana Stanisława, i chcieli go zaprosić do kompanii. Gruby adwokat zerwał się z krzesła i wybiegł do samych drzwi sklepowych, ale spieszący się nie dostrzegł go.
    — Uciekł bestya! — rzekł zasapany jurysta, powracając do stolika.
    — Nic straconego, on się jeszcze tu znajdzie — odezwał się jeden z kompanii — bez interesu nie przyjechał, a gdzież co załatwić lepiej, jeżeli nie tu?!
    — Oczywiście, jeżeli chodzi o palestrę — rzekł jegomość w złotych okularach, którego tytułowano doktorem.