Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Czy przyjąłbym pomoc. Wyraźnie to mówię.
— Dobrze, że mnie o tem uprzedzasz, bo mogłabym była narazić się na przykrość.
— Niech cioteczka przyzna, że takie niebezpieczeństwo było od niej bardzo dalekie.
— Bardzo, albo nie bardzo... zdaje mi się jednak, że będąc w twojem położeniu, nie mogłabym zdobyć się na humor, tak jak ty, i żartować w chwili... bardzo poważnej.
— Więc cóż mam robić, moja ciociu, płakać, czy życie sobie odebrać?
— Człowieku, co mówisz?! Życie sobie odebrać! a żona, dzieci...
— To też nie myślę o rewolwerze, ani nie pogrążam się w otchłań rozpaczy.
— Ale dlaczego się nie martwisz? Jak możesz się śmiać w takiej chwili? Ja, przyznam się szczerze, wstydziłabym się ludziom pokazywać, gdyby mój majątek miano sprzedawać.
— W takim razie dużo ludzi musiałoby z domu nie wychodzić.
— Ale ostatecznie jakże to będzie?
— Ratuję się jak mogę.
— A jeżeli się nie wyratujesz?
— To folwark sprzedadzą.
— I co w takim razie, co wtenczas, gdzie podziejesz żonę, co zrobisz z dziećmi?
— Na to jestem mężem i ojcem, żebym o tem myślał. Dajmy pokój tej rozmowie. Cioteczka gniewa się i rozdrażnia niepotrzebnie,