Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


a ja już się nie zmienię; jakim byłem, takim już pozostanę do śmierci.
— Niestety... to prawda. Masz słuszność.
Po odejściu siostrzeńca, ciotka zadumała się. Możeby mu pomódz, fundusz jest... ale nie — na co? Zmarnuje się ten człowiek, tak czy owak, przytem naruszenie kapitału wywołałoby konieczność wprowadzenia pewnych zmian i poprawek do testamentu, który już od dawna jest zrobiony, opieczętowany, powierzony w pewne ręce... Trzebaby znowuż pisać, zmieniać, myśleć o śmierci, a to przedmiot nie wesoły; odbiera apetyt i wywołuje bezsenność.
Lepiej dać pokój. Majątek przeznaczony jest na cele publiczne; takie życzenie wyraził na kilka dni przed śmiercią nieboszczyk mąż i wola jego będzie spełniona. Jest mały legat dla Andzi, żony Stasia, ale bardzo mały, bagatela.
Pani Adamowa uważa, że należałoby go powiększyć, choćby dlatego, że Andzia jest taka miła i dobra, a jej dzieci prześliczne — ale taki ambaras z pisaniem! Okularów szukać, pióra szukać... zastanawiać się, jak myśl swoją wyrazić, może jeszcze zasięgać rady prawnika. Za dużo zachodu. Andzia jest mila i dobra, ale sama sobie winna, że nie ma przyszłości, któż jej kazał wychodzić za Letkiewicza? Kochała go — zapewne, ale to jeszcze nie racya. Miłość miłością a rozsądek rozsądkiem. Trzeba uwzględniać jedno i drugie; lepiej nawet