Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ja się rozmyśliłam, nie pojadę dziś, każę wyprządz, zostań u mnie na śniadaniu.
— Ciociu, śpieszę się.
— Kwadransik. Chciałabym z tobą pomówić.
— Jestem na usługi kochanej cioci.
— Bo to, widzisz mój kochany, ludzie są ludźmi, cudze sprawy zajmują ich bardziej, niż własne, stąd też plotkarstwo kwitnie. Szczególniej nasze miasto z tego słynie.
— Tak mówią...
— I tak jest w istocie; oto na przykład, w tych dniach, zajmowano się bardzo tobą...
— A cóż mi to szkodzi?
— Zawsze niemiło. Mówiono na przykład, że jesteś w złych interesach, że folwarczek twój wystawiono na sprzedaż...
— To proszę cioci, nie plotka, ale prawda.
— Nie może być?!
— Rzeczywiście... Czy moje interesa majątkowe są w opłakanym stanie, to inna kwestya; że zaś Pisankę wierzyciel chce sprzedać — to fakt.
— I ty mówisz o tem tak spokojnie, tak cię to nic nie obchodzi? Bardzo, bardzo się dziwię. Mnie nie wspomniałeś nic, obcy ludzie mi powiedzieli.
— Kochana ciociu, na cóż miałem mówić, pomódzby mi ciocia nie pomogła, a jeszcze wielka kwestya, czy przyjąłbym pomoc.
— Co?